Brzydka pogoda, pada deszcz, śniegu brak. Tak należałoby streścić czynniki odpowiedzialne za podjęcie przeze mnie decyzji o wyborze "Barw ochronnych" (1977) Zanussiego na deser po nijakim dniu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy z deseru wyszła suto zakrapiana PRL-em kolacja na co najmniej cztery osoby, a mnie tymczasem przyszło zjeść ją w samotności! Wszystko bez przeszkód się zmieściło, tak wyborne Zanussi przygotował danie. Ale nie byłoby ono nawet w połowie tak apetyczne, gdyby nie kunszt aktorski Zbigniewa Zapasiewicza, który w roli docenta Jakuba Szelestowskiego, człowieka cynicznego i przebiegłego niczym Machiavelli, nieustannie podkopywał moralnie swojego młodszego kolegę, idealistę - magistra Jarosława Kruszyńskiego (Piotr Garlicki).
Ta kolizja postaw życiowych stanowiła rdzeń fabuły, a wszystko inne jedynie papierową nadbudowę. Owszem, nadbudowę niezwykle istotną, bo nadającą kierunek polemice bohaterów.
Docent Szelestowski był orędownikiem bezpieczeństwa idywidualnego, preferował przybranie przysłowiowych barw ochronnych, by żyć w błogiej obojętności względem świata. Jawnie drwił z naiwnej wiary magistra Kruszyńskiego w sprawiedliwość. Leniwie, jakby od niechcenia zbywał młodszego kolegę, mówiąc: "A co to jest sprawiedliwość? Czy pan zauważył, że pojęcie sprawiedliwości właściwie występuje w bardzo niewielu dyscyplinach? Na przykład w ogóle się o nim nie mówi w naukach przyrodniczych, w samej przyrodzie." W przyrodzie zaś, do której Szelestwoski nieustannie się odwoływał, najsłuszniej jest wytworzyć kamuflaż i skryć się za nim, aby przetrwać. Tylko to jedno jest ważne. A poprawiacze świata pokroju Kruszyńskiego? Oni, według pewnej złośliwości wygłoszonej przez bohatera, są zaledwie o krok od inkwizycji, czy nawet gestapo. I po co to wszystko? Po co? Skoro można żyć sobie, wzruszywszy ramionami na nieczułość otaczającego nas środowiska?
Nieszczęsny magister osaczany jest przez niepowodzenia i trudne do zbicia argumenty bardziej doświadczonego przeciwnika. Wszystko zdaje się potwierdzać brak racji bytu jego idealizmu. W filmie nieustannie przewija się też leitmotiv - zwierzęta, przyroda pod każdą, niewinnie eksponowaną przez twórców postacią. Przyroda, instynkt samozachowawczy, kamuflaż... Wszędzie wokół powracające motywy, które wraz z rozmaitymi porażkami powoli przepełniają czarę goryszy naszego idealisty.
To nieustanne "podgryzanie" kończy się niespodziewanie, gdy z potulnego magistra, atakowanego ze wszystkich stron "jednak wylazło zwierzę" i był o krok od morderstwa, którego ostatecznie... Czy dokonał? O, nie, na to pytanie z pewnością na łamach tego bloga odpowiedzieć nie zamierzam. Powiem tylko, że ostatnie wygłoszone przez naszego cynika zdanie odkryło przed widzem prawdę najpełniejszą o barwach, które nie zawsze są dostatecznie ochronne.
Syta wrażeń, kreślę te słowa w nadziei, że ktoś na podobną ucztę także się skusi.
Syta wrażeń, kreślę te słowa w nadziei, że ktoś na podobną ucztę także się skusi.
<Zdjęcie z filmu "Barwy ochronne" (1977) w reżyserii Krzysztofa Zanussiego; po lewej Zbigniew Zapasiewicz jako docent Jakub Szelestowski, po prawej Piotr Garlicki jako magister Jarosław Kruszyński> |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz