czwartek, 24 grudnia 2015

Zbrodnia i kara w trzydzieści minut, czyli niedługa historia o tym, jak krótki metraż połknął w całości długą książkę

Zamykanie książek nawet w trzygodzinnych filmowych skrzynkach rzadko wychodzi im dobre. W tak ograniczonym środowisku karleją, chudną i tracą całą papierową werwę. Twórcy ekranizacji zbyt często muszą się przez to chować pod stołami i sofami przed rzeszą rozsierdzonych fanów tych książek, na których dokonali bestialskiego aktu gwałtu.
Tak fatalnie przedstawia się kwestia długich filmów, w których jest miejsce i zwykle fundusze na bezpieczne rozstawienie elementów papierowej fabuły. A co z krótkometrażowymi wizualizacjami książek?
Skoro dwie, czy trzy godziny nie potrafią zwykle oddać literackiemu pierwowzorowi należnej czci, to co dopiero mówić o kilkudziesięciu minutach?
Synteza jednak może być paradoksalnie tym, czego książce potrzeba, żeby wysączyć z niej samą esencję, crème de la crème. Brak możliwości zbytniej rozrzutności w kreacji świata i bohaterów, brak dławiącej pokusy, żeby zostawić bezwzględnie swój własny, wielki, oryginalny i czytelny podpis na ekranizacji, czy adaptacji są zapewne czynnikami, które mogą wpływać korzystnie na te syntetyczne dzieła.
Mało czasu, oczywiście, dyscyplinuje filmowca, ale to wcale nie znaczy, że całkiem pozbawia go możliwości zostawienia owego podpisu. Nie będzie się on jednak przejawiał we wprowadzaniu wyimaginowanych wątków, czy bohaterów (tak jak to niestety miało miejsce w nowej koszmarnej wizualizacji Hobbita Tolkiena). Do dyspozycji pozostają mu inne narzędzia. Retrospekcje, symbole i wszystko to, co buduje klimat. Klimat, klimat i jeszcze raz klimat. 
To właśnie jest to, czego w minimalistycznej pod względem czasu ekranizacji Zbrodni i kary (2000) w reżyserii Piotra Dumały nie zabrakło.
W zaledwie pół godziny ta psychologicznie skomplikowana i długa powieść mieści się całkowicie. Oczywiście, nie można tu mówić o oddaniu wszystkich wątków. Autor postawił na ukazanie genezy zbrodni. Typową dla Dostojewskiego zawiłość oddał przy pomocy symboli i retrospekcji, niepokojącej muzyki i wyostrzonych dźwięków tak banalnych, jak choćby bzyczenie muchy w pokoju Raskolnikowa. Nietrudno jest wyczuć jego rozdrażnienie, gdy także nam samym mucha donośnie bzyczy w głośniku. Poza głównym bohaterem mamy oczywiście także inne postaci. Ofiarę zbrodni, przedstawioną jako karykaturalną starszą panią z wielkim nosem, płaską czaszką i zapadniętymi ustami. Sposób w jaki lichwiarka Alona Iwanowna przełyka ślinę dla widza musi wydać się, jeżeli nie drażniącym, to z pewnością obrzydliwym. Jako kontrastujący z osobą starej lichwiarki promyk światła o delikatnych rysach przedstawiona została postać Soni, która dla Raskolnikowa będzie pierwszą iskrą do duchowego wyzdrowienia. Mamy tu jeszcze jedną postać. Zagadkowego mężczyznę, który śledzi przebieg akcji i niezauważony dowiaduje się o zbrodni. Jest to oczywiście Swidrygajłow, o czym z całą pewnością przekonujemy się w ostatnich scenach, gdy bohater "wybiera się do Ameryki". 
Poza syntetyczną, ale sugestywną kreacją postaci, genialny jest sam sposób w jaki film został zrealizowany. Jest to dość nietypowa animacja. Poszczególne ujęcia zostały namalowane na płytach gipsowych i dzięki temu zyskały fakturę obrazów olejnych w kolorach sepii.
Mimo uproszczeniom i zawiłościom, Zbrodnia i kara Dumały to obraz przeszywający, upiorny i jednocześnie fascynujący. Rosnące napięcie i niepokój mrocznego świata, osaczają widza, hipnotyzują i wyostrzają zmysły. Poczucia estetyki nie zakłóca artystyczne wykonanie całości, wyostrzone dźwięki i brak dialogów - to wszystko tworzy pakunek imponujący.
Jest to obraz specyficzny, a dla mnie, jako osoby zafascynowanej twórczością Dostojewskiego, podwójnie frapujący.
Włosy wręcz jeżą się na karku, a dłoń stopniowo, jakby mimowolnie szuka przy boku siekiery Raskolnikowa.


<stara lichwiarka - Alona Iwanowna>


<Sonia>


<Raskolnikow>


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz