Zamykanie książek nawet w
trzygodzinnych filmowych skrzynkach rzadko wychodzi im dobre. W tak
ograniczonym środowisku karleją, chudną i tracą całą papierową
werwę. Twórcy ekranizacji zbyt często muszą się
przez to chować pod stołami i sofami przed rzeszą rozsierdzonych
fanów tych książek, na których dokonali bestialskiego aktu gwałtu.
Tak fatalnie przedstawia się kwestia długich
filmów, w których jest miejsce i zwykle fundusze na bezpieczne
rozstawienie elementów papierowej fabuły. A co z krótkometrażowymi
wizualizacjami książek?
Skoro dwie, czy trzy godziny nie
potrafią zwykle oddać literackiemu pierwowzorowi należnej czci, to
co dopiero mówić o kilkudziesięciu minutach?
Synteza
jednak może być paradoksalnie tym, czego książce potrzeba, żeby
wysączyć z niej samą esencję, crème de la crème.
Brak możliwości zbytniej rozrzutności w kreacji świata i
bohaterów, brak dławiącej pokusy, żeby zostawić bezwzględnie
swój własny, wielki, oryginalny i czytelny podpis na ekranizacji,
czy adaptacji są zapewne czynnikami, które mogą wpływać
korzystnie na te syntetyczne dzieła.
Mało czasu, oczywiście, dyscyplinuje
filmowca, ale to wcale nie znaczy, że całkiem pozbawia go
możliwości zostawienia owego podpisu. Nie będzie się on jednak
przejawiał we wprowadzaniu wyimaginowanych wątków, czy bohaterów
(tak jak to niestety miało miejsce w nowej koszmarnej wizualizacji
Hobbita Tolkiena). Do dyspozycji pozostają mu inne narzędzia.
Retrospekcje, symbole i wszystko to, co buduje klimat. Klimat, klimat
i jeszcze raz klimat.
To właśnie jest to, czego w minimalistycznej pod względem czasu ekranizacji Zbrodni i kary (2000) w reżyserii Piotra Dumały nie zabrakło.
W
zaledwie pół godziny ta psychologicznie skomplikowana i długa
powieść mieści się całkowicie. Oczywiście, nie można tu mówić
o oddaniu wszystkich wątków. Autor postawił na ukazanie genezy
zbrodni. Typową dla Dostojewskiego zawiłość oddał przy pomocy
symboli i retrospekcji, niepokojącej muzyki i wyostrzonych dźwięków tak banalnych, jak choćby bzyczenie muchy w pokoju Raskolnikowa.
Nietrudno jest wyczuć jego rozdrażnienie, gdy także nam samym
mucha donośnie bzyczy w głośniku. Poza głównym bohaterem mamy oczywiście także inne postaci. Ofiarę zbrodni, przedstawioną jako karykaturalną starszą panią z wielkim
nosem, płaską czaszką i zapadniętymi ustami. Sposób w jaki
lichwiarka Alona Iwanowna przełyka ślinę dla widza musi
wydać się, jeżeli nie drażniącym, to z pewnością obrzydliwym.
Jako kontrastujący z osobą starej lichwiarki promyk światła o delikatnych rysach przedstawiona została postać
Soni, która dla Raskolnikowa będzie pierwszą iskrą do duchowego wyzdrowienia. Mamy tu jeszcze jedną postać. Zagadkowego
mężczyznę, który śledzi przebieg akcji i niezauważony dowiaduje
się o zbrodni. Jest to oczywiście Swidrygajłow, o czym z całą
pewnością przekonujemy się w ostatnich scenach, gdy bohater
"wybiera się do Ameryki".
Poza syntetyczną, ale sugestywną
kreacją postaci, genialny jest sam sposób w jaki film został
zrealizowany. Jest to dość nietypowa animacja. Poszczególne ujęcia
zostały namalowane na płytach gipsowych i dzięki temu zyskały
fakturę obrazów olejnych w kolorach sepii.
Mimo uproszczeniom i zawiłościom,
Zbrodnia i kara Dumały to obraz przeszywający, upiorny i
jednocześnie fascynujący. Rosnące napięcie i niepokój mrocznego
świata, osaczają widza, hipnotyzują i wyostrzają
zmysły. Poczucia estetyki nie zakłóca artystyczne wykonanie
całości, wyostrzone dźwięki i brak dialogów - to wszystko tworzy pakunek imponujący.
Jest to obraz specyficzny, a dla mnie, jako
osoby zafascynowanej twórczością Dostojewskiego, podwójnie
frapujący.
Włosy wręcz jeżą się na karku, a dłoń
stopniowo, jakby mimowolnie szuka przy boku siekiery Raskolnikowa.
<stara lichwiarka - Alona Iwanowna>
<Sonia>
<Raskolnikow>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz